Polecamy nowy numer
Prezydent Indonezji Prabowo Subianto oraz Prezydent USA Donald Trump podpisali Porozumienie w sprawie wzajemnego handlu (Agreement on Reciprocal Trade – ART). Umowa została oficjalnie podpisana 19 lutego 2026 r. w Waszyngtonie. Porozumienie ma na celu "wzajemnie korzystną współpracę gospodarczą" znosząc bariery handlowe i obniżając cła.Indonezja zdołała wynegocjować obniżenie cła na swoje towary eksportowane do USA do 19% (unikając wyższych ceł, którymi wcześniej groził Donald Trump) i jednocześnie zobowiązała się wyeliminować cła na ponad 99% amerykańskich towarów. Umowa obejmuje m.in. zniesienie ograniczeń dla amerykańskich inwestorów w Indonezji oraz ułatwienia w handlu produktami rolniczymi. I tu zaczyna się problem dla indonezyjskiego sektora drobiarskiego.Przypomnijmy, że Indonezja licząca ponad 285 mln ludności, to nie tylko znaczący rynek, ale także producent (rocznie) ponad 3,8 mln ton mięsa drobiowego i ok. 6,31 mln ton jaj; jest to jeden z największych rynków drobiarskich w Azji Płd.-Wsch. Niestety, zmieniające się ceny pasz mają silny wpływ na opłacalność produkcji drobiu i jaj, a tym samym wpływają na równowagę podażowo-popytową.Wśród produktów z USA, które mają uzyskać łatwiejszy dostęp rynku w Indonezji, są elementy tuszek kurcząt brojlerów, takie jak tylne ćwiartki kurczaka czy mechanicznie odkostnione mięso. Dla indonezyjskich przetwórców żywności fakt ten może brzmieć jak mile widziane wiadomości. Mechanicznie odkostnione mięso jest niedrogie, wszechstronne i szeroko stosowane w produktach przetworzonych.Ironia polega na tym, że sytuacja ta pojawia się w czasie, gdy indonezyjski przemysł drobiarski udowodnił już swoją niezwykłą zdolność do wzrostu. Innymi słowy, zdolność produkcyjna nie jest problemem. Problemem jest stabilność drobiarskiego rynku, którą przez kilka ostatnich lat starał się wspomagać indonezyjski rząd, a która – poprzez zawarcie wspomnianej wcześniej umowy – może zostać zdestabilizowana.Obawy indonezyjskich producentów drobiu i jaj przypominają obawy polskich – i szerzej europejskich – producentów, którzy czują zagrożenie opłacalności prowadzonej przez siebie produkcji w sytuacji bezcłowego importu mięsa drobiowego i jaj spoza UE.
W ostatnim tygodniu wirusy grypy ptaków zaatakowały stada drobiu w regionach kluczowych dla produkcji drobiarskiej w Polsce: w powiatach żuromińskim i mławskim (woj. mazowieckie) orz w powiatach ostrowskim i ostrzeszowskim (woj. wielkopolskie) – łącznie służby sanitarno-weterynaryjne potwierdziły 12 ognisk grypy ptaków. Ponadto w pow. żuromińskim stwierdzono dwa ogniska rzekomego pomoru drobiu i jedno ognisko w pow. zielonogórskim.Ogółem w tych ogniskach likwidacji poddano ponad 736 tys. szt. drobiu. Od początku 2026 r. w 70 ogniskach z powodu grypy ptaków wybito ok. 5,1 mln szt. drobiu, natomiast w 35 ogniskach z powodu rzekomego pomoru drobiu wybito ponad 2,7 mln szt. drobiu (w ub.r. w wyniku zakażenia grypą ptaków i rzekomym pomorem drobiu w Polsce wybito prawie 19 mln szt. drobiu).Obie choroby – zwłaszcza grypa ptaków – mają charakter sezonowy i spodziewano się spadku liczby zachorowań wiosną, ale niekorzystna aura nie sprzyja niestety czasowemu zanikowi choroby. Ostatni tydzień przyniósł wręcz wyraźny wzrost zachorowań.Specjaliści apelują o wzmożenie procedur bioasekuracji w chowie drobiu jako jednego z najbardziej skutecznych środków zapobiegawczych przed zakażeniem wirusami zarówno grypy ptaków, jak i rzekomego pomoru drobiu.Niestety, przekonanie producentów i decyzje administracji państwowej zgodnie z przepisami UE, że niezależnie od zastosowanych procedur w sytuacji stwierdzenia zakażenia budżet wypłaci odszkodowanie za utracone ptaki, prowadzą do tego, że odpowiedzialność producentów jest nieco złagodzona, żeby nie powiedzieć – zlekceważona.Kolejnym, chociaż nie ostatnim problemem, jest nadmierne zagęszczenie kurników i ferm w niektórych regionach Polski. W naturalny sposób ryzyko zachorowania tam drobiu jest znacznie większe, m.in. poprzez niekontrolowane (?) przemieszczanie się ludzi, jak i przez bytujące tam dzikie ptactwo.
Kilka dni temu w polskich mediach (TVP, PAP i na portalach rolniczych) pojawiły się interesujące informacje o szczęśliwych kurach znoszących bardziej zdrowe jaja. Po bliższym zapoznaniu się z tymi informacjami raczej trudno mówić o jakiejś wyjątkowej zdrowotności takich jaj, ale w całej opowieści jest z pewnością ziarno prawdy. Jaja od szczęśliwych kur zdobywają na rynku coraz większe zainteresowanie wśród konsumentów.Prowadzący na Dolnym Śląsku gospodarstwo „Manufaktura Dobra” Tomasz Majda zdradza szczegóły o swoim ekologicznym gospodarstwie, w którym żyją szczęśliwe kury. Pastwiskowy chów kur oparty jest na mobilnych kurnikach, przesuwanych co kilka dni na rozległym pastwisku, dzięki czemu kury mają dostęp do świeżej trawy i naturalnego pożywienia. „To powoduje, że utrzymywane w moim gospodarstwie kury żyją w warunkach najbardziej zbliżonych do warunków naturalnych” – twierdzi Tomasz Majda.„Wyjątkowość naturalnych warunków chowu kur w gospodarstwie „Manufaktura Dobra” wpływa silnie na pozytywne emocje ptaków, pozwalając im swobodnie i bez ograniczeń zaspokajać swoje naturalne potrzeby behawiorystyczne” – twierdzi dr Joanna Rosenberger, ekspertka z wrocławskiego Uniwersytetu Przyrodniczego.I chociaż jaja kurze są pod względem swojego podstawowego składu bardzo stabilne, to jednak warunki chowu kur mogą mieć istotny wpływ na zawartość niektórych witamin i soli mineralnych, a przede wszystkim na smak, wybarwienie żółtka i zapach. Warto więc sięgać po jaja z chowu ekologicznego (tzw. „zerówki”), podobnie jak warto sięgać po mięso pastwiskowych kurcząt, ryb łowionych w jeziorach czy atlantyckich łososi.
